2013.04.01-02 El Chaltén. Podróż na koniec świata. 1 dzień.

W niedzielę Wielkanocną, o godzinie 11, odprawiłem w parafii w Cholila mszę świętą, na którą przyszło kilka osób. Wielkanoc jest tu traktowana, jak każda inna niedziela a o Rezurekcji nikt nie słyszał. Gdybym chciał odprawiać mszę rezurekcyjną o świcie, najprawdopodobniej byłbym na niej sam. Poniedziałek Wielkanocny też w Argentynie nie istnieje i święta ograniczają się do jednego dnia.

Korzystając z tego, że niedawno przybył nam nowy ksiądz z Polski: Artur Schodziński, który został proboszczem w Paso de Indios, umówiliśmy się na wspólną podróż na koniec świata. Postanowiliśmy dotrzeć tam, gdzie kończy się droga. Dosłownie.

Miejsce to znajduje się na samym dole Ameryki Południowej i nazywa się Ushuaia. Jest to najbardziej na południe położone miasto świata. Dalej jest już tylko Paso de Drake i Antarktyda.

Żeby dotrzeć do Ushuaia trzeba przejechać prawie trzy tysiące kilometrów i przeprawić się przez Cieśninę Magellana (należącą do Chile). Potem jest Kanał Beaglea, Przylądek Horn i góry lodowe Antarktydy.

Ruszyliśmy, zatem, w Wielkanoc i zamierzaliśmy pierwszego dnia dotrzeć pod najtrudniejsze góry świata, znajdujące się w El Chaltén. Cerro Torre i Fitz Roy znane są alpinistom całego świata i są sławne nie tylko dzięki trudności wspinaczkowej, lecz także dzięki temu, że przyciągają złą pogodę. Można siedzieć w El Chaltén całymi tygodniami i nie zobaczyć nawet kawałka góry. Chmury, deszcz i wściekłe patagońskie wiatry sprawiają, że ci, którzy weszli na szczyt Cerro Torre zaliczają się do ścisłej elity światowej. Jak by nie było, na Cerro Torre weszło mniej osób, niż na K2, nie mówiąc już o Evereście i pozostałych ośmiotysięcznikach.

Nie zamierzaliśmy się wspinać, lecz jedynie sfotografować te mityczne góry, lecz i do tego potrzebowaliśmy, choćby jednego dnia, dobrej pogody. Jesienią w Patagonii i pod Cerro Torre było to wysoce nieprawdopodobne. Zaryzykowaliśmy jednak i udało się nam.

El Chaltén znajduje się tuż przy granicy z Chile i ma zaraz za miedzą lodowiec kontynentalny.

Ver mapa más grande
Droga z Esquel do El Chaltén to ponad półtora tysiąca kilometrów i przejechanie jej zajęło nam ponad dobę, gdy jednak dotarliśmy na miejsce czekała nas ogromna niespodzianka. Niebo było bezchmurne, świeciło piękne słońce i prawie nie wiało. Prawie, bo wiatr osiągał ponad 50 kilometrów na godzinę, co przy zimowych wiatrach w El Chaltén, dochodzących do 200 kilometrów, było jedynie przyjemna bryzą.

Pierwsza seria zdjęć pochodzi właśnie z tego dnia.

Na początek mamy klasyczne ujęcie, występujące w kilku wersjach.

Z bliska mamy zaś Cerro Torre

i Monte Fitz Roy

Nawiasem mówiąc. Fitz Roy to nazwisko kapitana statku Beagle, na którym Darwin odbył podróż dookoła świata, medytując nad swą teorią ewolucji.

Wracając do naszych gór. Zaczynała się psuć pogoda, więc postanowiliśmy obejrzeć je sobie z bliska.

Niestety, Cerro Torre jest widoczne tylko z daleka i aby przyjrzeć się tej górze z bliższej odległości, należy zafundować sobie kilkugodzinną wycieczkę po lodowcu. Nie mieliśmy na to czasu i nie dysponowaliśmy odpowiednim sprzętem. Musieliśmy zadowolić się obejrzeniem Monte Fitz Roy. A było na co popatrzeć.

Gdy zaszliśmy górę od drugiej strony zaczęła zmieniać się w niesamowity sposób.

W magiczny sposób zaczęła przyciągać chmury, mimo że żaden z okolicznych szczytów nie szedł w jej ślady.

Wyglądało to, jakby góra wypuszczała z siebie chmury.

W ciągu kilkunastu minut z góry zrobił się komin.

Przeżyłem już tutaj kilkakrotnie załamanie pogody tuż pod szczytem, lecz nie jestem w stanie wyobrazić sobie czegoś podobnego, wisząc w połowie ściany Fitz Roy.

Gdy się już napatrzyliśmy do syta, postanowiliśmy poszukać noclegu we wsi. Zajechaliśmy pod kaplicę, w której przygarnięto mnie rok temu. Wiedziałem, że proboszcz mieszka w El Calafate, odległym o prawie 300 km i w El Chaltén najprawdopodobniej nie spotkamy nikogo, lecz warto było spróbować.

Usiłowaliśmy po drodze, w El Calafate, zlokalizować proboszcza, lecz najwyraźniej też zrobił sobie wakacje. Mieliśmy ze sobą namioty, które w ostateczności zamierzaliśmy rozbić na jakimś kempingu. Byłaby to ostateczność ostateczna, gdyż popołudniowa bryza 50 km na godzinę nabierała niepokojącego tempa. Spanie w namiocie przy takim wiaterku i minusowej temperaturze zdecydowanie zdecydowanie zaliczyć należy do sportów ekstremalnych.

I tym razem mieliśmy jednak szczęście, gdyż – w momencie zbierania się do odjazdu spod kaplicy – pojawiła się dobra dusza. Była to parafianka, opiekująca się kaplicą pod nieobecność proboszcza. Pamiętała mnie z poprzedniego pobytu, dzięki czemu nie tylko pozwoliła nam odprawić mszę świętą, lecz także przenocować w kaplicy.

Większość tutejszych kaplic ma niewielkie mieszkanko, w którym zatrzymuje się ksiądz, gdy przyjeżdża na mszę. Ogromne odległości pomiędzy kaplicami wymagają często dłuższego pobytu i jest to jedyna możliwa forma zakwaterowania.

Skorzystaliśmy skwapliwie z gościny i po całej dobie spędzonej w samochodzie mogliśmy w końcu rozprostować kości.

Tak zakończył się pierwszy dzień naszej podróży na koniec świata.

Katedra w Esquel. Msza Krzyżma

26 marca zebraliśmy się wszyscy w katedrze w Esquel na mszy krzyżma, której przewodniczył ks. bp. Józef Słaby CSsR. Jak widać na zdjęciu grupowym, jest nas tu niewielu, zaś obszar Prałatury to prawie połowa ternu Polski.

2013_03_58

2013_03_58

2013.05.27 Zapowiedź relacji z podróży na koniec świata

W Wielkanoc, po odprawieniu mszy w parafii ruszyłem z ks. Arturem Schodzińskim (proboszczem parafii w Paso de Indios) w podróż na sam koniec świata. W ciągu dwóch tygodni dotarliśmy do Ushuaia, czyli najdalej na południe położonego miasta na świecie. przejechaliśmy w sumie prawie siedem tysięcy kilometrów. Byliśmy w El Chaltén, gdzie znajdują się najtrudniejsze góry świata: Cerro Torre i Fitz Roy. W El Calafate poszliśmy pod lodowiec Perito Moreno. Widzieliśmy drugą co do wielkości kolonię pingwinów w Cabo de las Vírgenes i przeprawiliśmy się przez Cieśninę Magellana, by dotrzeć nad brzegi Kanału Beaglea, do Ushuaia. Spotkaliśmy tam lwy morskie, wieloryby i śliczną parę lisów kolorowych. W drodze powrotnej obejrzeliśmy jeszcze prehistoryczne jaskinie z odciskami rąk, mającymi kilkanaście tysięcy lat, oraz resztki skamieniałych drzew – olbrzymów, rosnących tutaj wiele milionów lat temu. Mimo, że zaczynała się właśnie jesień, pogoda nam dopisywała, o czym świadczą zdjęcia zrobione przez Artura.

W najbliższym czasie zamieszczę kompletną relację.

Trochę nowych fotek z facebooka

Fotki są tutaj:

https://www.facebook.com/profile.php?id=100001070679284&sk=photos&collection_token=100001070679284%3A2305272732%3A6

Dla zainteresowanych

2012.09.23 to tyle na początek

Na początek, to tyle. Mieszkając w Cholila, nie mam dostępu do internetu, więc mogę dokonywać nowych wpisów i aktualizacji tylko wtedy, gdy jestem w kurii w Esquel. Na mojej stronie możecie zostawić ślad swego pobytu. Dla ewentualnych chętnych jest także dostępna rozszerzona wersja opisowa w pdf. Ale tylko na listę subskrypcyjną dla znajomych. I dla nieznajomych, którzy chcieliby zamienić się w znajomych.

Na koniec jeszcze jedno zdjęcie, z mojego ostatniego zwiedzania parafii. Za płotem mam najwyższe góry w całej prowincji i czasami na nie wchodzę. Tym razem skorzystałem z ostatnich dni śniegu i lodu (zaczyna się bowiem wiosna) i wybrałem się na pobliski lodowiec. Na samym szczycie już nie było śniegu, lecz po drodze trzeba było iść w rakach po lodzie. Widok z góry był wprost porażający.

2012.05.22-24 Cholila – remont mieszkania

Mieszkanie na strychu może i jest romantyczne, ale nie w Patagonii. Już na jesieni było tam tak zimno, że musiałem spać w puchowym śpiworze wysokogórskim, zaś podczas pierwszych mrozów, po prostu, zamarzły mi w domu wszystkie rury. Do dziś, nawet po ociepleniu dachu od środka, temperatura w łazience nie przekracza 12 stopni. Remont wyglądał tak:

 

2012.02.17 Cholila – mieszkanie na strychu

Z mieszkania w garażu u parafian przeprowadziłem się na strych kościoła, gdzie aktualnie mieszkam.

 

2012.01.25 Cholila – mieszkanie tymczasowe

W trakcie pierwszych prac remontowych mieszkałem w garażu, udostępnionym mi przez parafian i chwilowo przerobionym na mieszkanie. Wyglądało to tak:

 

012.01.10 Cholila – kościół czyli magazyn

Tytuł właściwie mówi sam za siebie.

 

2011.12.27 Cholila – stan parafii

W pierwszych dniach swego istnienia, tak się prezentował kościół w Cholila. Prawda, że imponująco?

 

Slideshow